16 maja miałam wolne i złożyło się tak super, że dzień wcześniej pracę kończyłam ok 12, a 17 maja miałam na popołudnie, więc nie zastanawiając się dłużej, po powrocie z hotelu usiadłam przed kompem i zaczęłam kombinować, jakby się tutaj dostać do 登別 (Noboribetsu) i 白老 (Shiraoi) - już wcześniej upatrzyłam sobie te miejsca na ewentualną wycieczkę :)
Tak więc po dokonaniu odpowiednich rezerwacji w hotelach, szybko się spakowałam i pobiegłam na autobus.
Na pierwszy nocleg obrałam sobie miejscowość 苫小牧 (Tomakomai) często i gęsto odwiedzaną przez surferów. Niestety nie miałam nawet czasu na przejście się na plażę, ponieważ przyjechałam dosyć późno na miejsce, a następnego dnia ruszałam rano w dalszą drogę.
Porannym pociągiem, wypełnionym przez uczniaków spieszących się do szkoły- przez dziewczęta w plisowanych spódnicach, które podciągają niemiłosiernie wysoko, tak aby choć o trochę wydłużyć swoje nogi (często krzywe, jakby na beczce prostowane...), albo złowić spojrzenie płci męskiej. Szczerze powiedziawszy ja bym się wstydziła nosić takie krótkie spódnice...wystarczy się lekko pochylić i już wszystko widać ><... nie wspominając już o zimie, kiedy to Japonki latają z gołymi nogami... chociaż odkryłam już, czemu tyłki im tak nie marzną - kupują specjalne "krótkie spodenki", bieliznę.. nie wiem jak to nazwać, ale są to takie ala bokserki, zrobione z ciepłego materiału. Często znajome instruktorki nosiły takie zimową porą.
A tak po prawdzie, jak to powiedział mój znajomy, jeśli nie wiesz, jak się ubrać, odpowiednio do pogody, to nigdy nie sugeruj się tym co mają na sobie Japończycy, jeśli już wyjrzysz przez okno na zewnątrz po inspirację...
Jak już było wspomniane wcześniej, Japonki potrafią w cieniutkich bluzeczkach, paltocikach czy z gołymi nogami paradować w największe mrozy... A za to w lato zakładają na siebie masę ubrań, tworząc tym samym jakieś kosmiczne warstwy kolorów, wzorów i materiałów... wyglądają, jak chodzące cebule... chociaż dzięki temu, że raczej większość z nich jest chuda, jak na europejskie standardy, to nie wyglądają w tym grubo. Czasami można zobaczyć jakieś istne koszmarki, ale w większości jakoś te wszystkie rzeczy (o dziwo!) pasują do siebie.
A wszystko po to, żeby nie złapać ni grama promieni słonecznych... W sumie, pomysł nie jest głupi, niższa zachorowalność na raka skóry, dłużej wygląda się młodziej... ale częściej przypomina się żywe trupy ;)
No ale temat mody japońskiej zostawię na inną okazję, za dużo tego ;)
Wróćmy do pociągu.
Stwierdziłam, że najpierw warto udać się do Noboribetsu, co by sobie trochę pochodzić po górce na spokojnie. Noboribetsu znane jest z onsenów, jako że znajduje się tam jedno z największych gorących źródeł w Japonii, no umówmy się jest tam wulkan, taki mały, ale nadal czynny i to on podgrzewa wszystkie okoliczne "zbiorniki" wodne, w tym np. jezioro 大湯沼 (Oyunuma). No, a że krajobraz w niektórych częściach Noboribetsu jest niezwykle piekielny, sam gorący piasek, wydobywające się spod ziemi obłoki pary, bulgoczące źródełka itd, dlatego też główna dolina została nazwa 地獄谷 (Jigokutani - piekielna dolina). A oto i jej zdjęcia:
czynny wulkan
różne zagadki na trasie do jeziorka
wróżba zawiązana na drzewie koło małej świątynki w Noboribetsu, znak na samym środku oznacza szczęście :)
Noboribetsu, kraina onsenów i demonów ;)
Nic dziwnego, że uważa się to miejsce, za miejsce zamieszkania różnego rodzaju demonów, w takich okolicach...
Oczywiście, ja , jak to ja, spóźniłam się na autobus, więc skoro musiałam czekać 20min na kolejny, to postanowiłam przejść się do ulicy, po obu stronach której posadzony był szpaler wiśni, a tak się złożyło, że akurat były w pełnym rozkwicie, kiedy odwiedzałam Noboribetsu. Tylko zapomniałam, że było to trochę daleko...jak się jedzie autobusem, albo samochodem, to wszystko wydaje się położone tak blisko siebie... no i tak szłam i szłam... aż minął mnie mój autobus... i później kolejny... no w każdym razie zrobiłam sobie niezły spacerek, taki na 1.5 godz >< ale widok wart był tego zachodu ;)
Kolejnym przystankiem było 白老 (Shiraoi), gdzie mieści się wioska Ainów, czyli ludu rdzennego Japonii (szczególnie jej N części). Brat Piłsudskiego, Bronisław Piłsudski zajmował się badaniem tego ludu, zebrał dosyć pokaźną dokumentacje, a z tego co wiem, w przyszłym roku ma być postawiony jego pomnik, chyba w Sapporo, ale nie jestem pewna.
W każdym razie, wioska była całkiem ciekawa. Warto zauważyć, że na Hokkaido większość nazw miejscowości pochodzi z języka Ainu, tylko dobrane są do niego odpowiednie (albo i nie) 漢字 (Kanji). Np.: 札幌 (Sapporo) oznacza dużą wyschniętą rzekę.
No a jeśli chodzi o 祝津 (Shukutsu), to jest to moje magiczne miejsce w Otaru *_*
Jedzie się autobusem do przystanku, przy którym znajduje się Oceanarium w Otaru, do którego ani na chwilę nie miałam ochoty wejść, jako że nie lubię widoku zwierząt w klatkach.
Anyway, sam przylądek jest całkiem ciekawy, przy dobrej pogodzie rozciąga się z niego niesamowity widok na część Otaru oraz na wybrzeże po drugiej stronie zatoki 石狩 (Ishikari).
Jeśli pójdzie się za oceanarium, to znajdzie się tam leśną ścieżkę prowadzącą pod górę, która będzie nas prowadzić wzdłuż wybrzeża, zapewniając po drodze mnóstwo przecudnych widoków oraz możliwość spróbowania swoich sił w łażeniu po skałkach. Co tam dużo mówić, wrzucę zdjęcia, to czytelnicy sami się przekonają ;)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz