niedziela, 23 października 2011

Obietnice

No tak.... a tyle sobie obiecywałam, że będę sumiennie prowadziła tego bloga, wpisywała swoje wszystkie przemyślenia co do Japonii, jej mieszkańców, mojej pracy itd.... i jak to zawsze bywa, na obietnicach się kończy, a rzeczywistość robi swoje...

W każdym razie, witam po długiej przerwie z Polski... hmmm może w takim razie powinnam zmienić tytuł bloga na jakiś inny, w końcu
już nie będę go prowadziła z japońskiej ziemi... no chociaż najbliższe wpisy zamierzam jednak poświęcić na powspominanie, w końcu jestem winna to czytelnikom i sobie ;) Nie ma co, definitywne zamkniecie rozdziału "Praca w Japonii" trzeba zrobić.

Na czym to ja ostatnio...aha pisałam, że 19 czerwca zaczęłam pracę w sklepie... Prawdę mówiąc, to moja przygoda ze sklepem nie była jakimś strasznie długim epizodem, trwała może łącznie jakieś 2 tygodnie i to nie tak, że dzień w dzień. Chociaż najczęściej opierała się na systemie: przyjście na godzinę 14 do pracy, pomaganie w przygotowaniach w restauracji (niech ich dunder świśnie..) a potem przerwa godzinna i mniej więcej od 18 praca w sklepie do 22. Na nauczyli mnie w co i jak pakować zakupy, prezenty itd., jak się przyjmuje towar i gdzie go ustawiać, co trzeba sprawdzić przed otwarciem sklepu itd., później nauczyli mnie trochę obsługi kasy, ale gdyby nie jeden znajomy, super luzacki gościu, to pewno przez całe 2 tyg tylko bym sprzątała i pakowała towar do torebek >< na szczęście, on po jednym dniu pracy ze mną skumał, że praca w sklepie to żadna filozofia i pozwolił mi obsługiwać cały wieczór kasę (po ostatnim podliczeniu kasy, wyszło, że wszystko się zgadza - nie brakuje ani yena, ani nie ma żadnych nadwyżek).
No tak, powinnam wspomnieć, że na terenie hotelu Piano są 3 sklepy - jeden na parterze na przeciwko recepcji, ale tam rzadko chodziłam, bo zazwyczaj ktoś z recepcji tam chodził i obsługiwał gości, a wieczorem to ktoś inny, z obsługi sklepowej zajmował się tym całym biznesem; drugi na pierwszym piętrze, w obrębie głównej części hotelu - tam najczęściej pracowałam, było tam mnóstwo różnego rodzaju pierdółek, ciasteczek, cukierków, szklanych ozdób (no bo przecież pobliskie Otaru słynie ze szklanych wyrobów), gównostujek i kolektorów kurzu; oraz 3 sklep - największy, znajdujący się na zewnątrz głównego budynku - tam na szczęście nie często pracowałam, na samym początku tylko, to tam też wyszczerbiłam trochę witrażyk za 1 mana ><.
W tym największym sklepie załoga była strasznie drętwa.... oczywiście tam miałam najmniejsze pole do popisu, bo uważali, że przecież w ciągu 6 dni nie można nauczyć się obsługi kasy i taki gaijin jak ja powinien się zająć łatwiejszymi zadaniami >< A pies wam...
Na szczęście, jak już wspomniałam wcześniej, dzięki znajomemu pracowałam zazwyczaj w sklepie na piętrze i miałam dosyć duży zakres wykonywanych prac, łącznie z pisaniem codziennego sprawozdania z działalności tej placówki handlowej - podliczaniem utargu, sprawdzaniem ile czego zeszło, pisaniem kilku słów komentarza na temat liczby klientów itd itp.
Warto jeszcze wspomnieć o największym plusie pracy w tym miejscu - możliwość rozmowy z 2 najfajniejszymi pracownikami sklepowymi ;)
Nie nudziłam się ani chwili tam, jak nie było klientów (martwy okres trwał mniej więcej od godz. 18.30 - 19.30, kiedy to najwięcej osób szło zjeść kolację), to ustawiając towar, albo po prostu stojąc za ladą gadaliśmy jak najęci. Z Hasegawą rozmawialiśmy o Polsce, Japonii, porównywaliśmy oba kraje, życie w nich, rozmawialiśmy ogólnie o świecie, o rodzinie Hasegawy itd., a z Kenji rozmawialiśmy najczęściej o sporcie, ciekawych miejscach w Japonii, plotkach z Kiroro itd. Skakaliśmy z tematu na temat, czasami tak się wkręcając, że dopiero chrząknięcie klienta przypominało nam, że cały czas jesteśmy w pracy ;)

Oczywiście Szymon czy Andrzej uznali to za jawną niesprawiedliwość, że jak to, że tylko ja mogę pracować w sklepie, a oni muszą harować w restauracji?! No cóż... ;)

Tak mi upływał czas, aż nastał koniec czerwca i oznajmiono nam, że naszym następnym przystankiem będzie recepcja (w moim i Andrzeja przypadku) oraz dział rozrywki (Szymon), ale zanim to nastąpi mamy prawo do 5 dniowego urlopu!!! (notabene zapewnionego nam w umowie ;) ), ahh cóż to była za radość ;)

Ale o tym następnym razem ;)

wtorek, 21 czerwca 2011

Nie wiem, nie wiem, nie rozumiem nic

Na prawdę czasami się zastanawiam nad tym, jak taki fenomen, jak Japończycy mógł wyrosnąć na taką potęgę gospodarczą...w ogóle, jak oni są w stanie nadal funkcjonować ><

Już wcześniej zauważyłam kilka nieścisłości albo wręcz wzajemnych wykluczeń w zachowaniach tego narodu.

Ok więc może po kolei:
Mamy taki o to przykład - Japończycy często noszą maseczki, kogo by się nie zapytać, dlaczego ciągle w tym paradują, tak odpowiedzi będą się różnić, ale można wyodrębnić z nich dwa główne nurty: a) jestem chory i nie chcę nikogo zarazić, b) inni są chorzy, a ja nie chcę się zarazić. No jest jeszcze jeden powód, bardzo często podawany przez młodych - cenią sobie prywatność i za maską czują się bardziej odcięci od świata, w sensie nikt ich nie rozpozna itd.
Wróćmy jednak do 2 głównych powodów. Pozwolę sobie skomentować to w ten oto sposób: Sraty taty >< Jak już Japończykowi zbierze się na kichanie, to nie zasłoni ust i nosa ręką ani chusteczką, a gdzie tam. Prychnie tak siarczyście, że doleci to na pewno i do osób stojących 30 metrów przed nim >< Tak samo z kaszlem, chociaż tutaj można czasami zauważyć pewnego rodzaju poprawę postawy i faktycznie kaszle się zasłaniając usta ręką.
Takie kichanie nie musi być koniecznie związane z grypą czy przeziębieniem, nie mniej jednak jest to bardzo irytujące jak ktoś koło Ciebie kichnie i poczujesz na sobie te kropelki ><

Inną kwestią jest to, że mieszkańcy tego kraju rzadko kiedy mówią, że coś im nie pasuje... Będą stać uparcie koło ciebie i czekać, aż sam się domyślisz, że chcą przejść, albo usiąść na ławce.... Jest to takie irytujące. Tak wiem, może to być dlatego, że jestem 外人 (gaijin) czyli obcokrajowiec i spodziewają się, że nie zrozumiem o co im chodzi, ale na prawdę takie sytuacje zdarzają się i moim znajomym...
A jeśli już ustąpisz im drogi, to kłaniają się w pas i przepraszają.... ><

Znamienne jest też to, że są strasznie karni i nauczeni, że każde ich zachowanie mierzone jest tym czy bardzo przeszkadzają innym osobom czy też nie. Chociaż ta kwestia jest trochę zagmatwana, mam wrażenie, że jeśli chodzi o przestrzenie zamknięte, jak pociąg, winda, sklep itd, to wtedy starają się tak zachowywać, żeby nie wchodzić za bardzo w drogę innym, ale na otwartej przestrzeni, lub kiedy starają się coś zdobyć itd, wtedy są bardzo skupieni na sobie i pchają się niemiłosiernie itd.
Ale miałam niezły ubaw, kiedy jechałam małym, jedno-wagonowym pociągiem, w którym jedyną klimatyzacją były wiatraczki pod sufitem, ale jakoś zapomniało się motorniczemu je włączyć... więc siedzieliśmy i się trochę kisiliśmy w tym przedziale, aż w końcu stwierdziłam, że jest mi za gorąco i podniosłam trochę okno. Po chwili usłyszałam, że ktoś gdzieś indziej też podnosi okno, na taką samą wysokość, jak moje ;) Mi jednak to nie wystarczało, więc podniosłam je jeszcze wyżej i po pewnym czasie ktoś znowu, chyba widząc, że i tak też można zrobić, podniósł swoje okno na tę samą wysokość xD parę innych osób też podniosło okna, ale już wtedy mi się śmiać trochę chciało, prędzej byśmy się udusili, niż ktoś by się odważył uchylić trochę okna... Często tak jest, że parę osób kopiuje moje luzackie zachowania z pociągu, sklepu itd. Np. w jednym sklepie, często pakują jakieś różne ubrania z przeceny w torebki foliowe, leży to tak ładnie poskładane, ale co z tego, skoro nie widzę co jest w środku. No i oczywiście znowu do akcji wkraczam ja, otwierając torebki, wyjmując rzeczy ze środka itd. Wtedy parę Japonek naśladując mnie też odważa się obejrzeć produkt w całej jego okazałości. Ja wiem, że ważne jest myślenie o innych, ale bez przesady. Trochę więcej luzu, nie dajmy się zwariować ;)

Kolejna kwestia, która mnie zadziwia. Oto Japonia, kraj nowoczesny, uważający się za super pro-ekologiczny...i nagle w sklepie do każdej rzeczy dostaje się jakąś torebeczkę, ciasteczka wrzucone są każde w osobne opakowanie i razem zsumowane w dużej paczce, oczywiście foliowej. Kupuje się ciasteczko w cukierni i ma się je włożone w papierowe opakowanie plus mała folia bez uszek i duża folia z uszami. Ja się pytam po co? Może i mają super sprawny system recyklingu (mam nadzieję, że się nie mylę), ale chyba prościej by było czegoś nie produkować w takich ilościach......

Jak przypomnę sobie resztę sytuacji to dopiszę ;) Było tego troch, usiedliśmy z Szymonem i tak zaczęliśmy wyliczać ;)
Ale czas na kolejne opowieści, w nowym poście o nowym tytule :)







niedziela, 19 czerwca 2011

Sklep

Od 4 dni pracuję w sklepie, tzn w dwóch różnych sklepach na terenie Kiroro.
Jak na razie bilans przedstawia się następująco:
1 zbity witrażyk za 3 many (polskie jakieś 1tys zł)
2 pudełka z ciastkami przecięte nożem (używanym podczas otwierania kartonu)
prawie zepsuta maszyna do laminowania cen (na szczęście udało się ją szybko odratować ;) )
ze złych rzeczy to tyle, na szczęście prócz witrażyka, reszta wydarzyła się bez wiedzy przełożonych ;)
A co do tego nieszczęsnego witrażyka, to uznałam, że uratowałam ludzkość przed szklanym koszmarkiem, a nie wyrządziłam wielką szkodę dla sklepu >< dobrze, że nie kazali mi płacić za to.... połowa mojej pensji poszłaby na takie brzydactwo... ehh

czwartek, 9 czerwca 2011

祝津 (Shukutsu), 登別 (Noboribetsu), 白老 (Shiraoi)


Czyli opowieści z moich różnych wycieczek po Hokkaido :)

16 maja miałam wolne i złożyło się tak super, że dzień wcześniej pracę kończyłam ok 12, a 17 maja miałam na popołudnie, więc nie zastanawiając się dłużej, po powrocie z hotelu usiadłam przed kompem i zaczęłam kombinować, jakby się tutaj dostać do 登別 (Noboribetsu) i 白老 (Shiraoi) - już wcześniej upatrzyłam sobie te miejsca na ewentualną wycieczkę :)

Tak więc po dokonaniu odpowiednich rezerwacji w hotelach, szybko się spakowałam i pobiegłam na autobus.
Na pierwszy nocleg obrałam sobie miejscowość 苫小牧 (Tomakomai) często i gęsto odwiedzaną przez surferów. Niestety nie miałam nawet czasu na przejście się na plażę, ponieważ przyjechałam dosyć późno na miejsce, a następnego dnia ruszałam rano w dalszą drogę.
Porannym pociągiem, wypełnionym przez uczniaków spieszących się do szkoły- przez dziewczęta w plisowanych spódnicach, które podciągają niemiłosiernie wysoko, tak aby choć o trochę wydłużyć swoje nogi (często krzywe, jakby na beczce prostowane...), albo złowić spojrzenie płci męskiej. Szczerze powiedziawszy ja bym się wstydziła nosić takie krótkie spódnice...wystarczy się lekko pochylić i już wszystko widać ><... nie wspominając już o zimie, kiedy to Japonki latają z gołymi nogami... chociaż odkryłam już, czemu tyłki im tak nie marzną - kupują specjalne "krótkie spodenki", bieliznę.. nie wiem jak to nazwać, ale są to takie ala bokserki, zrobione z ciepłego materiału. Często znajome instruktorki nosiły takie zimową porą.
A tak po prawdzie, jak to powiedział mój znajomy, jeśli nie wiesz, jak się ubrać, odpowiednio do pogody, to nigdy nie sugeruj się tym co mają na sobie Japończycy, jeśli już wyjrzysz przez okno na zewnątrz po inspirację...
Jak już było wspomniane wcześniej, Japonki potrafią w cieniutkich bluzeczkach, paltocikach czy z gołymi nogami paradować w największe mrozy... A za to w lato zakładają na siebie masę ubrań, tworząc tym samym jakieś kosmiczne warstwy kolorów, wzorów i materiałów... wyglądają, jak chodzące cebule... chociaż dzięki temu, że raczej większość z nich jest chuda, jak na europejskie standardy, to nie wyglądają w tym grubo. Czasami można zobaczyć jakieś istne koszmarki, ale w większości jakoś te wszystkie rzeczy (o dziwo!) pasują do siebie.
A wszystko po to, żeby nie złapać ni grama promieni słonecznych... W sumie, pomysł nie jest głupi, niższa zachorowalność na raka skóry, dłużej wygląda się młodziej... ale częściej przypomina się żywe trupy ;)
No ale temat mody japońskiej zostawię na inną okazję, za dużo tego ;)

Wróćmy do pociągu.

Stwierdziłam, że najpierw warto udać się do Noboribetsu, co by sobie trochę pochodzić po górce na spokojnie. Noboribetsu znane jest z onsenów, jako że znajduje się tam jedno z największych gorących źródeł w Japonii, no umówmy się jest tam wulkan, taki mały, ale nadal czynny i to on podgrzewa wszystkie okoliczne "zbiorniki" wodne, w tym np. jezioro 大湯沼 (Oyunuma). No, a że krajobraz w niektórych częściach Noboribetsu jest niezwykle piekielny, sam gorący piasek, wydobywające się spod ziemi obłoki pary, bulgoczące źródełka itd, dlatego też główna dolina została nazwa 地獄谷 (Jigokutani - piekielna dolina). A oto i jej zdjęcia:




czynny wulkan
różne zagadki na trasie do jeziorka

wróżba zawiązana na drzewie koło małej świątynki w Noboribetsu, znak na samym środku oznacza szczęście :)
Noboribetsu, kraina onsenów i demonów ;)


Nic dziwnego, że uważa się to miejsce, za miejsce zamieszkania różnego rodzaju demonów, w takich okolicach...

Oczywiście, ja , jak to ja, spóźniłam się na autobus, więc skoro musiałam czekać 20min na kolejny, to postanowiłam przejść się do ulicy, po obu stronach której posadzony był szpaler wiśni, a tak się złożyło, że akurat były w pełnym rozkwicie, kiedy odwiedzałam Noboribetsu. Tylko zapomniałam, że było to trochę daleko...jak się jedzie autobusem, albo samochodem, to wszystko wydaje się położone tak blisko siebie... no i tak szłam i szłam... aż minął mnie mój autobus... i później kolejny... no w każdym razie zrobiłam sobie niezły spacerek, taki na 1.5 godz >< ale widok wart był tego zachodu ;)

Kolejnym przystankiem było 白老 (Shiraoi), gdzie mieści się wioska Ainów, czyli ludu rdzennego Japonii (szczególnie jej N części). Brat Piłsudskiego, Bronisław Piłsudski zajmował się badaniem tego ludu, zebrał dosyć pokaźną dokumentacje, a z tego co wiem, w przyszłym roku ma być postawiony jego pomnik, chyba w Sapporo, ale nie jestem pewna.
W każdym razie, wioska była całkiem ciekawa. Warto zauważyć, że na Hokkaido większość nazw miejscowości pochodzi z języka Ainu, tylko dobrane są do niego odpowiednie (albo i nie) 漢字 (Kanji). Np.: 札幌 (Sapporo) oznacza dużą wyschniętą rzekę.





No a jeśli chodzi o 祝津 (Shukutsu), to jest to moje magiczne miejsce w Otaru *_*
Jedzie się autobusem do przystanku, przy którym znajduje się Oceanarium w Otaru, do którego ani na chwilę nie miałam ochoty wejść, jako że nie lubię widoku zwierząt w klatkach.
Anyway, sam przylądek jest całkiem ciekawy, przy dobrej pogodzie rozciąga się z niego niesamowity widok na część Otaru oraz na wybrzeże po drugiej stronie zatoki 石狩 (Ishikari).

Jeśli pójdzie się za oceanarium, to znajdzie się tam leśną ścieżkę prowadzącą pod górę, która będzie nas prowadzić wzdłuż wybrzeża, zapewniając po drodze mnóstwo przecudnych widoków oraz możliwość spróbowania swoich sił w łażeniu po skałkach. Co tam dużo mówić, wrzucę zdjęcia, to czytelnicy sami się przekonają ;)

















czwartek, 2 czerwca 2011

Zaobserwowane, zasłyszane, "zawidziane".....

Czyli czas na małą porcję ciekawych, a często i zdumiewających, informacji, nowinek technicznych itp. podawanych przez japońskie media.

Dzisiaj w TV jednym z głównych tematów związanym z pogodą, była informacja, że na Hokkaido pora deszczowa, która i tak jest mniej uciążliwa niż na głównej wyspie, przyszła ok 2 tygodnie wcześniej niż w zeszłym roku....w związku z tym podano i informacje, jakie to nowości można zauważyć w sklepach.
I tak, nowością jest parasolka ze świecącą rączką, tak aby czuć się wieczorem bezpieczniej, no bo przecież ze względu na sprawę z Fukushimą, wprowadzono plan oszczędzania energii, co przejawia się m.in. tym, że wyłącza się część neonów w mieście albo wymienia się żarówki na ulicach na mniej "oczojebne".
Inną nowością jest parasolka, której rączkę można wykręcać w dowolną stronę, dzięki czemu można opleść ją sobie wokół ramienia i zyskać tym samym obie ręce wolne.
Przy dużych deszczach ważne jest także obuwie. No ale przecież gumiaki nie pasują do stroju do pracy czy na randkę, więc wymyślono całą kolekcję obuwia damskiego, które jest zrobione z materiału podobne do tego, z jakiego wykonane są kalosze, ale o przeróżnych kształtach i rodzajach. Mamy więc czółenka, botki, półbuty i inne ciekawe nogo-wdziewajki. Kolory nie ograniczają się tylko do czerni czy brązu, naprawdę wybór jest bardzo duży. Nie wspominając, że płaszcze przeciw deszczowe, to nie jakieś zielone lub czarne worki, ale fantastycznie skorojne, o wesołym wzornictwie cudeńka - gdyby nie to, że jestem za wysoka na nie i mam za długie ręce ><
A co do oszczędzania energii.... to niestety wiąże się to także z wyłączaniem lub ustawianie na minimum klimatyzacji w komunikacji miejskiej, firmach czy sklepach. Dlatego też, wiele firm odzieżowych wyszło na przeciw oczekiwaniom klientów i stworzyło kolekcje przewiewnych ubrań, w sam raz na gorące i parne japońskie lato... no może nie dotyczy to Hokkaido, tutaj jest trochę lepiej :)

Dzisiaj miałam wolne, więc wybrałam się do 祝津 (Shukutsu) leżącego w granicach miejskich Otaru. Dzielnica położona na małym półwyspie z latarnią morską, ale co ciekawsze, to to, że można dostać się stamtąd na ścieżkę prowadzącą wzdłuż wybrzeża, przez lasy i górki. Wspaniała sprawa :) Zdjęcia i opowieść później.

Do usłyszenia :)

sobota, 28 maja 2011

Wpis wspominkowy


Ok zdobyłam już zdjęcia z poprzednich miesięcy, więc jestem gotowa na kolejną porcję wspomnień :)

Na czym to ja, aaa no tak, koniec marca, przygotowania do zamknięcia głównego sezonu zimowego, tyczyło się to w szczególności naszej Akademii - konie
c z dzieciakami, zajęciami prywatnymi dla dzieci i dorosłych itd.

Anyway, na koniec sezonu odbywa się zawsze huczna impreza całej Akademii, gdzie gwoździem programu, momentem, na który każdy czeka z niecierpliwością, jest gra w kamień ,nożyce, papier, gdzie do wygrania jest pewna suma pieniędzy. No i tutaj na
chodzi pewno Szanownych Czytelników pytanie, ale czemu pewna suma???? A no bo tak! ;) Zależy to od hojności naszego szefostwa, bo to oni, wyciągani pojedynczo z tłumu, proszeni są o dorzucenie się do puli. Nie ma żadnych ograniczeń czy ustaleń co do wielkości datku, ale zazwy
czaj każdy daje 1 mana (10 tys yenów = 345 zł). No i w ten sposób uzbierało się jakieś 10 manów (3450zł) !!!
Od wygrania od tak! Trzeba mieć tylko trochę szczęścia...... kt
óre jednak nie dopisało mi tego dnia >< damn....
W każdym razie, zanim dojdzie do tego ważnego wydarzenia, siedząc sobie w szopie, bo inaczej tego budynku nie da się nazwać, wcinamy pyszne mięso z grillów. Całość podzielona jest na kilka stołów i gdzie kto usiądzie zależy od tego, w jakim miesią
cu się urodził. Przy moim sierpniowym stoliku zebrała się całkiem duża liczba osób.


No więc pijemy, jemy, gadamy, śmiejemy się itd.
W tym momencie czas na małą dygresję na temat japońskiego sposobu przyrządzania grilla... Cóż nie jest to mistrzostwo, przypraw się nie używa, często na ruszt trafiają podroby, np. krowie języki, albo skórki z kurczaka...nie mniej jednak, wszystko jest cieniutko pokrojone, szybko się smaży, a jeśli wymiesza się później z sosem w miseczce, to normalnie mistrzostwo świata :) Na sam koniec, wszystkie resztki mieszane są z makaronem ramen lub soba i podsmażane, co jest także bardzo dobrym i smacznym połączeniem :)
Często na grilla trafiają także warzywa, np cebula pokrojona w plasterki czy kiełki albo kapustka (kapusta jest zawsze i wszędzie, zwykła czy pekińska).











Aż nadchodzi ten ważny moment.

Wtedy na środek sali wychodzi jeden z bossów i gromkim głosem pyta się wszystkich, czy chcieliby dostać trochę kasy :) No baaaaaaaa, też mi pytanie :)
I zaczyna się :) boss staje na podwyższeniu ze skrzynki i zaczyna wyławiać wzrokiem potencjalnych zrzutkowiczów o grubych portfelach ;) Każdy banknot jest pokazywany wszystkim, a na sam koniec liczymy głośno ile łącznie udało się zebrać :)




I można zaczynać już grę :)
Wszyscy wstają z miejsc, wystawiają rękę do góry i głośno krzyczą: 最初はぐう〜ジャンケンポン![saisho ha guu, jankenpon] (w baaardzo luźnym tłumaczeniu: najpierw jest kamień, na raz dwa trzy). Na [pon] wszystko się rozstrzyga :) Przegrani siadają, a ci którzy tak jak prowadzący mieli np. nożyce, zostają i grają dalej. W późniejszej części remisowcy także odpadają z gry. Zostają już tylko ci, których los obdarzył swoim uśmiechem :)
Jak już liczba uczestników spadnie drastycznie, jest czas na zadanie bardzo ważnego pytania czy szczęśliwcy chcą podzielić się wygraną, czy też zwycięzca bierze wszystko? Oczywiście, bez dwóch zdań przechodzi opcja zgarnięcia całej puli przez tylko jednego szczęśliwca :) W pierwszej turze był nim jeden z instruktorów Yuichi. Na początku, będąc jeszcze w szoku po takiej wygranej, stwierdził, że jemu wystarczy tylko 1 man, a o resztę możemy walczyć dalej.... Ale uznaliśmy, że należy mu się wygrana i niech nie marudzi, więc wziął tylko połowę i gra toczyła się dalej.

W kolejnej rundzie wygraną zgarnął animator Nobu. Jak sam stwierdził, stając na chwilę na podwyższeniu, że on niestety nie będzie już taki hojny i zgarnie 4 many z 5, ponieważ 焼き肉屋(yakunikuya - smażalnia mięsa) w której pracował została zamknięta i nie ma na razie pracy.



Także zabawa toczyła się dalej, 1 man, to też pieniądze ;)
Tym razem nagroda przypadła instruktorce Saori.


Ale to nie był koniec zabawy :)
Pozostał jeszcze bilet na wycieczkę w dowolne miejsce na ziemi, no najlepiej takie wakacyjne, opiewający na 10 manów!! Warunkiem był wyjazd w 2 osoby :)
Niestety szczęście nie dopisywało autorce bloga, nie udało jej się niestety zwiększyć zasobność swojego portfela, ani też wybrać się na wycieczkę :(
Bilet przypadł w udziale animatorce Yukiko, z tego co wiem, to chyba wykorzystał część pieniędzy na wyjazd na Okinawę...

No i to by było na tyle, jeśli chodzi o tę imprezę.
Aaaaaa, no tak, bym zapomniała, Yuichi, który ze swojej 10 manowej wygranej, 5 manów wziął tylko dla siebie, razem z głównym dowodzącym Akademią, przekazał po jednym manie dla mnie i Ann, jako jedynych blondynek w tym towarzystwie xD

No dobra to by było na tyle dzisiaj. Kolejne opowieści, te stare i nowe, już wkrótce :)





środa, 25 maja 2011

Misiaczki *-*

Tak, tak, Hokkaido słynie z niedźwiadków, kochanych brązowych misiaczków........ przed którymi należy się strzec, a jak się spotka takiego, to ........nie, nie, właśnie, że nie uciekać gdzie pieprz rośnie, bo wtedy misiek pobiegnie za nami, a trzeba mu przyznać, że pomimo swojej wagi potrafi rozpędzić się do ok 50km/h, a drzewa nie stanowią dla niego przeszkody.... Więc co najlepiej zrobić? Ano patrzeć się na niego i powoli, nie odwracając się za szybko, wycofywać się z pola widzenia/rażenia i mieć nadzieję, że milusińskiemu nie przyjdzie do głowy bawić się z nami w berka...
Oczywiście ważna jest także prewencja... czyli jeśli chodzi się po górach to nawet wskazane jest głośno rozmawiać, słuchać muzyki czy sobie śpiewać. Niedźwiadki raczej ominą taką hałaśliwą zdobycz i pójdą sobie gdzieś indziej, w bezpieczne dla nas miejsce ;)

Mówię o tym, bo parę dni temu jakiś klient Kiroro zauważył misiaczka na parkingu i od tamtej pory blady strach padł na zarząd Kiroro, czy aby i ten rok uda się zakończyć bilansem zerowym, jeśli chodzi o bliskie spotkania spotkania z przytulaśnymi :)

Czasami zdarza się, że kiedy kończymy pracę to nie ma żadnego autobus do akademika, więc musimy iść na piechotę, czyli jakieś 40min z górki (lepiej niż w drugą stronę >< co już kilka razy przetestowałam). Ale z powodu wspomnianego powyżej przypadku bywa, że jeśli ktoś tylko zauważy nas kierujących się na piechtę do akademika, proponuje nam podwiezienie, chociaż by był i w samym środku pracy.
Po co nam kolejny stres ;) wystarczy ten związany z pracą ;)